Wojciech Stanisławski: Bartosz z żołądziami

Nie pierwszy to raz, gdy p. Bartoszowi Kramkowi marzą się prerogatywy zastrzeżone zwykle dla władz państwa.

Decyzja prezydenta RP o odebraniu głowie ukraińskiego państwa Orderu Orła Białego wywołała potężny rezonans nie tylko w Kijowie i w innych stolicach państw ościennych, ale przede wszystkim w polskim życiu politycznym. Ciekawe zresztą, że stanowiska w tej sprawie różnią się trochę od przebiegu wieloletniej linii okopów: wielu publicystów zwykle krytycznych wobec prezydenta uznało, że stanowcza reakcja na nadanie dużej ukraińskiej jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA była potrzebna, zastanawiając się najwyżej nad możliwością zniuansowania tego dyplomatycznego gestu.

Nie zabrakło jednak, oczywiście, nie tylko głosów, ale i działań krytycznych. Przez chwilę wydawało się, że najbardziej pomysłowym będzie gest Piotra Foglera, dawnego posła Unii Demokratycznej i działacza Platformy, człowieka z bogatym doświadczeniem biznesowym, politycznym i turystycznym, który postanowił w ślad za ukraińskimi prezydentami i urzędnikami odesłać do Belwederu przyznany mu przez Aleksandra Kwaśniewskiego Złoty Krzyż Zasługi. Wierzę, że podjął tę decyzję całkowicie samodzielnie – podczas, gdy na przykład w przypadku Kyryło Budanowa, szefa Biura Prezydenta Ukrainy, można przypuszczać istnienie czegoś w rodzaju polecenia służbowego.

Nieporównanie większą fantazją wykazał się jednak krąg społeczników skupionych wokół Bartosza Kramka, wieloletniego przewodniczącego Rady Fundacji Otwarty Dialog. Na platformie actionnetwork.org poinformowali oni o nadaniu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu (oraz narodowi ukraińskiemu) Obywatelskiego Orderu Przyszłości. OOP zamiast OOB, łatwo zapamiętać.

Oczywiście, odznaki honorowe nadawać może w Polsce każdy: czynią to chętnie wojewodowie i prezydenci miast, proboszczowie i rady powiatów, biblioteki, koła gospodyń wiejskich, stowarzyszenia i redakcje, i bardzo dobrze: w czasach marginalizacji sztuk pięknych niech przynajmniej falerystyka ocaleje, nawet, jeśli w przypadku kolonii letnich medal nie z mosiądzu jest, lecz ze skrobi. Nadawanie jednak orderów – zgodnie z art.144 ust. 3 Konstytucji RP (skoro mowa o Bartoszu Kramku, może należałoby to raczej wyskandować: Kon-Sty-Tu-Cji!) – pozostaje wyłączną prerogatywą Prezydenta RP.

Ach, pan Bartosz, pan Bartosz! Nie pierwszy to przecież raz, gdy marzą mu się uprawnienia i moce zastrzeżone zwykle dla organów władzy państwowej: długie lata pamiętany będzie jego manifest „Niech państwo stanie: wyłączmy rząd!” z lipca 2017 roku, w którym apelował o sparaliżowanie pracy Sejmu, Kancelarii Prezydenta i KRPM. Również inicjatywy animowane w ramach Akcji Demokracja przez wiceprezesa Fundacji Otwarty Dialog, p. Marcina Mycielskiego przed ostatnimi wyborami prezydenckimi wskazują tyleż na ogromne ambicje polityczne, co na śmiałą dezynwolturę, jeśli idzie o rygory kodeksu wyborczego.

Przeczytaj również: Jeśli teraz nie jest dobry czas na swary z Ukrainą, to kiedy będzie? – felieton Marka Cichockiego

Ujmujące, że potrafi przy tym Bartosz Kramek odwołać się do tradycji już nawet nie „polskich”, a wprost sarmackich. Nie jest to oczywiste, biorąc pod uwagę zaangażowania zarówno Otwartego Dialogu, jak platformy, na której proklamowano wręczenie nowego orderu prezydentowi Zełenskiemu: actionnetwork.org ceniona jest w świecie za swą progressive attitude i określana mianem „fundamentu [backbone] opozycji antytrumpowskiej”. Tymczasem gest pana Bartosza to przecież nic innego, jak rëenactment, powtórzenie pamiętnego czynu Jana Zamoyskiego, na kartach „Potopu” ofiarującego królowi szwedzkiemu Niderlandy. Sytuacja, w której lider Otwartego Dialogu sięga, z braku lepszych pomysłów, po facecje pana Zagłoby – trudno o lepszy dowód na uparte trwanie polskości.

Szkoda tylko, że spiesząc się, by zaistnieć przy okazji awantury o order, aktywiści zaniedbali trochę kwestie czysto plastyczne, które nie są przecież w falerystyce bez znaczenia. Obywatelski Order Przyszłości zaprojektowany przez p. Szymona Szymankiewicza (wykładowca Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, szeroko ceniony za swe plakaty z czasów Strajku Kobiet czy wizerunek kotwicy Polski Walczącej, złożonej z frytek w stylu loga McDonald’sa) to po prostu herb RP, czyli orzeł na tarczy, przemalowany na żółto-niebiesko.

Mniejsza o chroniący wizerunek godła polskiego art. 28 ust. 1 ustawy zasadniczej („Kon-Sty-Tu-Cja!”) oraz Ustawę o godle, barwach i hymnie RP: nie są to rygory, który powstrzymałyby inicjatorów. To, czego mi zabrakło, to sposoby upiększania odznaczeń, dodania im dodatkowego splendoru. Stoją za tym przecież wieki jubilerskich starań, które złożyły się na wszystkie te wstęgi, gwiazdy, jutrzenki. Rogi jelenie i złote runa, ametysty i Krzyże Południa, palmety, igły, promienie – no i liście, dębowe i laurowe wieńce. I żołądzie.

Jakże chciałoby się człowiekowi tak zasłużonemu jak pan Bartosz wręczyć kiedyś order z żołądziami. Lub bodaj z jedną.

Wojciech Stanisławski

Przeczytaj również: inne felietony Wojciecha Stanisławskiego z cyklu „Barwy kampanii”